Avatar: Odwrócona puszka Pandory

Avatar: Odwrócona puszka Pandory

Budzę się. Zdejmuję gogle VR i przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Ręce mam tam, gdzie były – na kanapie, w salonie, w bloku na Targówku. Ale sekundę wcześniej wspinałem się po skale nad przepaścią. Czułem wiatr. Czułem wysokość. A teraz siedzę w ciele, które przez ostatnią godzinę było tylko kotwicą. To trwa może trzy sekundy. Potem mózg się rekalibruje. Wracam. Ale przez te trzy sekundy rozumiem Jake'a Sully'ego lepiej niż przez cały film.

Śniło mi się, że mi się nie śniło

„Leżąc w klinice dla weteranów z dziurą w życiu i ciele, śniło mi się, że latam. Byłem wolny. Ale prędzej czy później trzeba się obudzić."

Tak zaczyna się „Avatar". Cameron daje wszystko na tacy w pierwszych trzydziestu sekundach. To nie jest film o kolonializmie. Nie jest o szlachetnych dzikusach. To jest film o przebudzeniu jako stracie.

Jake Sully jest sparaliżowany. Porusza się na wózku – protezie nóg. Inni najemnicy nim gardzą. Jest połową człowieka w świecie, który ceni tylko całość. A potem wchodzi w ciało awatara i biega. Pierwszy raz od lat czuje piasek pod stopami. Cameron daje nam zbliżenie na stopy, na rozbryźgujący się piach, słyszymy śpiew ptaków. Jake śmieje się jak dziecko.

A potem się budzi. W laboratorium. W klaustrofobicznej kapsule. W ciele, które znów nie działa.

Żal wylewa się z ekranu.

Nie musicie być sparaliżowani, żeby to rozumieć. Wystarczy, że kiedykolwiek zamknęliście laptopa po intensywnej sesji – grze, rozmowie, czymkolwiek, co Was pochłonęło – i poczuliście ten mikrożal. To uczucie, że przez chwilę byliście gdzieś, a teraz jesteście tu. Że cokolwiek się wydarzyło, wydarzyło się przed obojętnym ekranem. Że emocje były prawdziwe, ale ciało przy nich nie było.

Dwie odpowiedzi na tę samą ranę

Jest w filmie postać, o której łatwo zapomnieć w gąszczu efektów specjalnych. Miles Quaritch. Główny antagonista. Twardziel, który wierzy tylko w to, co może zmiażdżyć w dłoni.

Jest scena, w której widzimy go w egzoszkielecie bojowym. Wielkim robocie, który zamienia człowieka w maszynę do zabijania. Quaritch wchodzi w niego jak w drugą skórę. Jest dumny. Kocha tę protezę. Utożsamia się z nią.

A teraz pomyślcie o Jake'u. On też wchodzi w technologię. Kapsuła awatara to maszyna – kable, interfejs neuronowy, laboratorium. Główny bohater przez technikę próbuje dotrzeć do czegoś poza nią.

Obaj są w protezach. Różnica polega na tym, co czują, kiedy w nich są.

Quaritch w robocie jest spełniony. To jest jego szczyt – człowiek plus maszyna, więcej niż człowiek. Nie tęskni za niczym poza. Robot jest celem.

Jake w kapsule tęskni. Awatar jest mostem, nie domem. Każde przebudzenie w laboratorium to strata. Technologia ma go przeprowadzić na drugą stronę i zniknąć.

Może mechaniczne ramię jest krótsze niż internetowy kabel.

Planeta wszystkich darów

Pandora. Nazwa, którą łatwo przeoczyć. Kolejna egzotyczna planeta w science fiction. Ale Cameron nie rzuca nazw przypadkowo. Pandora z greckiego znaczy wszechstronnie obdarowana.

Pamiętacie mit o puszce Pandory? Zeus daje Pandorze puszkę i zakazuje jej otwierać. Ta otwiera. W jednej z wersji mitu w naczyniu było wszystko co dobre.  Kiedy Pandora ją otworzyła, dary uciekły. Na świecie zostały choroby, wojny, trudy, śmierć. Zanim zdążyła zamknąć wieko, w naczyniu została tylko jedna rzecz: nadzieja.

A teraz odwróćcie to.

Na planecie Pandora wszystkie dary zostały. Na'vi nie chorują. Nie potrzebują technologii, bo mają biologiczne odpowiedniki wszystkiego, co my musieliśmy wynaleźć. Potrzebują komunikacji? Mają Wood Wide Web – las połączony neuronalną siecią, przez którą przepływa informacja. Potrzebują transportu? Podłączają się do latających stworzeń – dosłownie wtykają swoje biologiczne USB w biologiczne USB zwierzęcia i stają się jednym. Potrzebują religii? Mają Eywa – świadomość planety, do której mogą się podłączyć i usłyszeć głosy przodków.

Dla Na'vi wiara nie wymaga wiary. Wymaga tylko wzroku.

A czego Pandora nie ma? Czego brakuje na planecie wszystkich darów?

Nadziei.

Bo nadzieja jest potrzebna tylko tym, którzy czegoś nie wiedzą. Którzy muszą wierzyć, że będzie lepiej, bo nie mogą tego zobaczyć.

Na'vi nie potrzebowali nadziei. Aż przylecieli ludzie z nieba i zaczęli niszczyć ich świat.

I wtedy Jake Sully – człowiek, który sam był pełen nadziei, że kiedyś odzyska władzę w nogach – przywiózł im jedyny dar, którego Pandora nie miała.

Ludzie nieba nie widzą

Jest taka scena. Neytiri właśnie uratowała Jake'a przed pandorską fauną, która próbowała go zabić. Jest wściekła, bo musiała przy tym uśmiercić kilka stworzeń. Jake nie rozumie – przecież ona go ocaliła.

„Jesteś jak dziecko" – mówi Neytiri. „Hałaśliwe i zagubione."

„Skoro tak, czemu mnie ocaliłaś?"

„Bo masz silne serce. Bez strachu. Ale jesteś głupi."

„W takim razie ucz mnie."

I wtedy pada zdanie, które jest kluczem do całego filmu:

„Ludzie nieba się nie uczą. Nie widzą."

Nie widzą.

Neytiri mówi to jak oskarżenie, ale to nie jest oskarżenie. To jest diagnoza. Można krzyczeć na głaz, że nie widzi – ale głaz nie widzi, bo jest głazem. My nie widzimy, bo jesteśmy ludźmi.

Na'vi mają tsaheylu – fizyczne połączenie, przez które mogą zobaczyć drugą istotę od środka. Podłączają się do konia i czują jego strach. Podłączają się do drzewa i słyszą przodków. Podłączają się do siebie nawzajem i – jak sugeruje film – widzą się nawzajem naprawdę.

A my?

My musimy sobie wszystko dopowiedzieć. Doczuć. Doracjonalizować. Nie możemy się podłączyć do drugiego człowieka i poczuć, co czuje. Musimy zgadywać. Interpretować. Budować modele w głowie i mieć nadzieję, że pasują do rzeczywistości.

Cała ludzka kultura – religia, sztuka, filozofia, psychologia – to są protezy widzenia. Próbujemy zobaczyć to, czego Na'vi mogą dotknąć.

Chcielibyśmy tak jak oni. Ale u nas to nie było możliwe. Musieliśmy tak mocno sobie wymyślać, tak mocno działać, aż sobie to wyobrażone stworzyliśmy. Internet. Telefony. Sieci społecznościowe.

Technologiczne protezy połączenia.

Wielkie marzenie

I tu jest sedno. To dlatego „Avatar" zarobił prawie trzy miliardy dolarów i przez dekadę był najbardziej kasowym filmem w historii. Nie dlatego, że ma ładne efekty. Nie dlatego, że fabuła jest oryginalna – nie jest.

Dlatego, że dotyka wielkiego ludzkiego marzenia.

Marzenia, żeby proteza stała się ciałem. Żeby technologia zniknęła, bo wrosła w biologię. Żeby wózek stał się nogami. Żeby okulary stały się oczami. Żeby kabel stał się nerwem.

Jake Sully przez cały film przechodzi przez technologię do natury. Kapsuła awatara – najbardziej zaawansowana ludzka technologia – jest mostem. Ale mostem, który Jake chce za sobą spalić.

I w finale mu się udaje.

W rytuale przy Drzewie Dusz świadomość Jake'a zostaje przeniesiona z ludzkiego ciała do ciała Na'vi. Ostatnie ujęcie filmu – jego nowe, żółte oczy otwierają się.

On już nie potrzebuje protezy. On jest ciałem.

Proteza, przez którą to oglądamy

Jest jeszcze jedna warstwa. Warstwa, której Cameron być może nie planował, ale która jest nieunikniona.

Oglądamy film o tęsknocie za biologiczną, fizyczną bezpośredniością. Film o świecie, gdzie nie trzeba niczego sobie wyobrażać, bo wszystko można zobaczyć i dotknąć.

Oglądamy go przez CGI. Przez cyfrowe efekty. Przez technologiczną protezę wizualną.

Pandora jest piękna. Świecące lasy, latające góry, bioluminescencja. Ale widzimy, czujemy, że to grafika komputerowa. Musimy przymknąć oko. Dać się oszukać.

Cameron użył najdroższej technologii w historii kina, żeby opowiedzieć o tęsknocie za światem bez technologii.

I to nie jest sprzeczność. To jest ludzka kondycja. Nie mamy innej drogi do Pandory niż przez protezę.

Chyba że któregoś dnia technologia wejdzie w ciało. Chyba że implanty, interfejsy mózg-maszyna, integracja biologiczna przeniosą nas bliżej marzenia Na'vi.

Albo nas od niego oddalą na zawsze. Tego jeszcze nie wiemy.

Widzę Cię

Na'vi witają się inaczej niż my. Nie mówią „cześć". Nie pytają „co słychać". Mówią:

Oel ngati kameie.

Widzę cię.

Ale nie oczami. Widzą się nawzajem – głębiej, pełniej, tak jak pozwala im połączenie z Eywa. Widzą duszę. Czują.

My nie mamy tego połączenia. My musimy sobie wyobrażać, co jest w drugim człowieku. Budować mosty ze słów i mieć nadzieję, że ktoś je przejdzie.

Ten tekst to taki most.

Napisałem go, bo chciałem zobaczyć coś w filmie, który widziałem dziesięć razy, ale nigdy tak naprawdę. Napisałem go, bo wierzę, że niektóre rzeczy trzeba napisać, żeby je zobaczyć – że my, ludzie nieba, musimy sobie dopowiadać, żeby w ogóle dostrzec.

I teraz Wy go przeczytaliście.

Nie widzę Was. Nie mam tsaheylu innego niż ten tekst. Nie mam pojęcia, gdzie jesteście, co czujecie, kim jesteście.

Ale chciałbym Was zobaczyć.

 

Wydawca portalu Kulturalnie.waw.pl Tomasz Kalka

Zdjęcie otwierające tekst zostało udostępnione dzięki uprzejmości Moniki Sewastianowicz. Sesja pochodzi z Czarnobyla. Polecam obejrzeć całą galerię autorki!

Wesprzyj Alicję rozliczając PIT

PS od człowieka za klawiaturą:

Siedzę przed ekranem. Kursor miga. Właśnie skończyłem pisać tekst, który może coś w Tobie poruszył. Albo nie. Nie wiem.

Wiem natomiast, że moja córka Alicja ma zespół delecji 22q11 (Di George'a). To taka genetyczna loteria, na którą nie miała wpływu. Wymaga rehabilitacji, różnych terapii, logopedy, często szpitali. Miała już dwie operacje związane z rozszczepem podniebienia, czekają ją kolejne. Wszystko po to, by dać jej szansę na normalną mowę i normalne życie. Ma tę szansę, ale potrzebuje wsparcia.

Jeśli moje teksty coś Ci dają – przemyślenia, irytację, cokolwiek – możesz to docenić, wspierając Alę. Albo nie. To też jest okej. Dziękuję!

1,5% podatku:

W formularzu PIT wpisz numer: KRS 0000037904
W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1,5%" podaj: 39939 Kalka Alicja
lub rozlicz pit online

Darowizna bezpośrednia:

Konto: 42 2490 0005 0000 4600 7549 3994
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
Tytułem: 39939 Kalka Alicja darowizna na pomoc i ochronę zdrowia