Fabryka
Skąd się biorą dzieci? Film odpowiada dosłownie. Z fabryki. Produkowane na taśmie, sortowane według reakcji na bodźce, pakowane i wysyłane do klientów. Klienci nazywają się „rodzicami". Produkt nazywa się „bobas".
Szef Bobas – nasz bohater – nie przeszedł selekcji. Nie zareagował na łaskotanie piórkiem. Maszyna skierowała go do działu managementu. Zamiast do rodziny za biurko.
To nie jest metafora. To jest dosłowna wizualizacja tego, co zrobiliśmy z rozmnażaniem. Przekształciliśmy je w decyzję konsumencką. W kalkulator kosztów i korzyści. W analizę SWOT.
A w takiej analizie dzieci przegrywają. I rodzice też.
Konkurencja
Baby Corp ma problem. Szczeniaczki wygrywają.
„Od zarania dziejów ludzie kochali dzieci bardziej niż cokolwiek na świecie" – tłumaczy Szef Bobas swoim podwładnym. „Bobasy zawsze zajmowały pierwsze miejsce na każdej liście życzeń. Szczeniaczki były ledwie dodatkiem. Ale wszystko się zmieniło, kiedy pojawiły się nowe designerskie modele piesków".
Patrzę na ten slajd i myślę o współczynniku dzietności w Polsce. Zmierza poniżej 1,0. Jeden przecinek zero. Oznacza to, że statystyczna Polka rodzi mniej niż jedno dziecko w życiu. Nie dwoje. Nie jedno. Mniej niż jedno.
Szczeniaczki wygrywają.
Nie dlatego, że są lepsze. Dlatego, że są lepszym produktem.
Matematyka miłości
Policzmy. Dziecko:
- Koszt utrzymania: 18–25 lat
- Zwrot z inwestycji: niepewny, opóźniony
- Ryzyko: choroba, bunt, rozczarowanie
- Możliwość zwrotu: brak
Pies:
- Koszt utrzymania: 10–15 lat, niższy
- Zwrot z inwestycji: natychmiastowy (miłość bezwarunkowa)
- Ryzyko: minimalne
- Możliwość zwrotu: ? (chce wierzyć, że też brak)
„Widać, że nie chodziłeś do szkoły biznesu" – mówi Szef Bobas do Tima, gdy ten proponuje, żeby podzielili się miłością rodziców.
W logice biznesowej miłość jest zasobem o sumie zerowej. Jest jej określona ilość. Jeśli ktoś dostaje więcej, ktoś inny dostaje mniej. Szef Bobas rysuje Timowi na kartce i tłumaczy: kiedyś miałeś rodziców dla siebie. Potem zjawiłem się ja. Bobasy wymagają dużo czasu, uwagi, dostają całą miłość.
To jest logika rynkowa. I w tej logice Tim ma rację, żeby się bać. W tej logice rodzeństwo to konkurent. W tej logice dziecko to koszt.
Wieczny szczeniak
Jest w filmie antagonista. Francis Francis. Kiedyś nazywał się Super Papuśny Olbrzymi Szef Bobas. Był idolem korporacji. Jak wszyscy pracownicy pił specjalne mleko, które powstrzymywało dorastanie. Kochał firmę. Myślał, że firma kocha jego.
A potem dorósł.
Miał nietolerancję laktozy. Mleko przestało działać. Zaczął się starzeć. A starzejący się bobas to wadliwy produkt. Firma go zwolniła. Zastąpiła kimś młodszym.
I teraz Francis Francis szykuje zemstę. Tworzy wiecznego szczeniaczka. Psa, który nigdy nie dorośnie. Będzie zawsze mały, zawsze słodki, zawsze zależny. Idealny produkt.
Zatrzymajmy się tutaj.
Dorastanie jako wada produktu. Dojrzewanie jako awaria. Branie odpowiedzialności za siebie i innych to usterka w systemie.
Bo czym jest dorosłość? Jest wysiłkiem. Jest braniem na siebie ciężaru, którego nikt za ciebie nie poniesie. Jest rezygnacją z bycia w centrum – żeby ktoś inny mógł w tym centrum stanąć.
Dorosłość to moment, w którym przestajesz pytać „co ja z tego będę miał?" i zaczynasz pytać „co ja mogę dać?".
Konsumpcjonizm nienawidzi tego pytania. Konsumpcjonizm uczy, że zawsze istnieje skrót. Że można mieć bez wysiłku. Że ból jest błędem systemu, który należy naprawić. Że jeśli coś wymaga poświęcenia – to znaczy, że źle wybrałeś produkt.
Dzieci nie są produktem, który można zoptymalizować. Dzieci to wysiłek, który trzeba podjąć. Miłość, którą trzeba dać. Czas, którego nie odzyskasz.
Wieczne dzieci nie chcą mieć dzieci. Bo musiałyby dorosnąć.
Dwa światy
Jest taka scena. Tim i Szef Bobas kłócą się. Tim krzyczy:
„Tylko o pracy potrafisz mówić! Nie masz pojęcia jak to jest być częścią rodziny!"
Szef Bobas odpowiada:
„A ty jak to jest mieć posadę!"
Tim nie odpuszcza:
„Nie masz pojęcia o przytulaniu, o bajkach na dobranoc ani o piosenkach!"
I wtedy pada zdanie, które jest kluczem do całego filmu:
„Tim, ja się nie urodziłem. Zatrudniono mnie."
To jest moment, w którym dwa światy się spotykają. Korporacja i rodzina. Logika produktu i logika miłości. I korporacja – czegoś jej brakuje. Czegoś, czego nie da się kupić. Czegoś, czego nie da się zoptymalizować.
Szef Bobas ma narożne biuro, złoty nocniczek i awans. Ale nie ma bajek na dobranoc.
Fabryka była prawdą
„Gdyby ludzie naprawdę wiedzieli, skąd biorą się dzieci, to by ich nie chcieli" – mówi Szef Bobas, pokazując Timowi fabrykę. „Z resztą to samo dotyczy hot–dogów."
Śmiejemy się. Puszczenie oka do dorosłych. Żarcik.
Ale czy na pewno?
Bo może twórcy (Tom McGrath i Michael McCullers) mówią nam coś innego. Może mówią: patrzcie, zaczęliście myśleć o dzieciach jak o produkcie. No to oto wasza fabryka. Oto wasza taśma produkcyjna. Oto wasza konkurencja. I oto dlaczego przegracie.
Dzieci przegrywają ze szczeniaczkami nie dlatego, że są gorszym produktem. Dzieci przegrywają, bo w ogóle zaczęliśmy je postrzegać w kategoriach produktu. Bo włożyliśmy je w logikę umowy. Bo pytamy „co ja z tego będę miał?" zamiast „co ja mogę dać?".
W tej logice dzieci zawsze przegrają. Bo dzieci nie są produktem. Dzieci są darem. A dar nie podlega kalkulacji.
Diagram kłamał
Film kończy się listem. Tim pisze do Szefa Bobasa, który wrócił do korporacji:
„Jeśli miłości nie wystarcza dla nas obu, to swoją oddam Ci w całości."
Ma dla niego nową posadę – brata. I Szef Bobas – ten zimny, korporacyjny, wykresowy Szef Bobas – płacze. Bo właśnie odkrył, że diagram kłamał.
Miłość nie jest zasobem o sumie zerowej. Miłość nie dzieli się na kawałki tortu, gdzie jeśli ktoś dostaje więcej, to ktoś inny dostaje mniej.
Miłość się mnoży.
Tim nie stracił rodziców przez braciszka. Zyskał brata. A potem – widzimy to w ostatniej scenie – sam został ojcem. Czyta tę samą bajkę swojej córce.
„Wiesz co odkryłem?" – mówi dorosły Tim. „Dla nikogo nie zabraknie miłości."
Diagram kłamał. Od początku.
Zranienie i gojenie
Siedzę na kanapie. Córka zasnęła mi na ramieniu. Film się skończył. Za oknem ciemno. Myślę o tym, że jestem w tej scenie – że jestem tym dorosłym Timem, który czyta bajkę swojemu dziecku. Że jakoś, mimo diagramów, mimo kalkulacji, mimo całej tej logiki produktu, która nas otacza, zdecydowałem się dorosnąć.
Myślę o ludziach, którzy tej decyzji nie podjęli. Nie dlatego, że są źli. Nie dlatego, że są głupi. Dlatego, że ktoś im wmówił, że miłość to wykres kołowy – że jeśli dasz, to stracisz. Że dzieci to koszt. Że dorosłość to pułapka.
Myślę o Francis Francisie. O człowieku, który kochał korporację, a korporacja go wyrzuciła, gdy dorósł. I który teraz tworzy wiecznego szczeniaczka – bo sam chciałby być wiecznym dzieckiem. Bo dorastanie go zraniło. Może my wszyscy jesteśmy trochę Francis Francisami. Może wszyscy nosimy w sobie to zranienie. Może wszyscy szukamy produktu, który nas ochroni przed bólem dorosłości.
Ale nie ma takiego produktu. Jest tylko wybór. Zostać wiecznym dzieckiem i gonić wieczne szczeniaczki. Albo dorosnąć. Wziąć na siebie ciężar. Dać miłość, która będzie i radosna i bolesna.
Córka chrapie mi w szyję. Ciepło. Ciężko. Cudownie.
Okazuje się, że matematyka miłości działa inaczej. Nie dzieli. Mnoży.
Dzieciak rządzi.
PS.
A może to nie jest takie proste?
„Miejmy psa i jakoś to będzie" – brzmi rozsądnie. „Zróbmy dziecko i jakoś to będzie" – brzmi jak nieodpowiedzialność.
„Było nas jedenaścioro, mieszkaliśmy w jeziorze... na śniadanie matka kroiła wiatr”. Znamy ten żart. Ale pod spodem jest prawda – dzieciństwo kiedyś wymagało więcej od DZIECI. Dziś wymaga więcej od RODZICÓW.
Sam pamiętam, że moje dzieciństwo stawiało mi wymagania, jakich dziś nie stawiamy własnym dzieciom. Wracałem sam ze szkoły w pierwszej klasie. Bawiłem się na podwórku do zmroku. Nikt mnie nie animował 12h na dobę. Jakoś to było. I jakoś byłem.
A dziś? Dziś rodzicielstwo to projekt z harmonogramem, KPI i audytem społecznym. Każdy błąd jest dokumentowany. Każde potknięcie jest porażką. Każda chwila nieuwagi jest zaniedbaniem. Dziecko wyskoczywszy z korporacji bobas jest przejmowane przez korporacje rodzic.
Może ludzie nie chcą dzieci nie dlatego, że są wiecznymi dziećmi. Może nie chcą dzieci, bo zrobiliśmy z rodzicielstwa zadanie niemożliwe do wykonania. Może pies to nie jest ucieczka od odpowiedzialności – tylko racjonalna odpowiedź na irracjonalne wymagania.
Może Baby Corp przegrywa nie dlatego, że ludzie są słabi. Może przegrywa, bo samo sobie za wysoko podniosło poprzeczkę.
Nie wiem. Córka śpi mi na ramieniu. Jakoś to będzie.